Czy jesteśmy dojrzali (wystarczająco, by być w Unii)?

Canva.com
Ponad 200 tysięcy ludzi demonstrowało kilka dni temu swoje przywiązanie do Unii Europejskiej. Czy jednak jako całe społeczeństwo jesteśmy dojrzali do współzależności z innymi narodami? Do rzeczywistego wyrzeczenia się części niezależności, w zamian za współodpowiedzialność za projekt europejski. Do niedawna byliśmy bowiem jak dziecko, które dostaje mnóstwo prezentów, jest dobrym uczniem, ale ma niewiele zobowiązań. Czy poradzimy sobie w roli dorosłego?

Małżeństwo wymaga zrzeczenia się części niezależności. Nie dość, że deklarujemy, że nie będziemy już szukać innych partnerów w życiu, to jeszcze, że będziemy się sobą nawzajem opiekować w doli i niedoli. Świadomie pozbywamy się części wolności (przynajmniej w teorii). W zamian – zyskujemy osobę, która będzie nam towarzyszyć przez długi czas, zyskujemy większe bezpieczeństwo finansowe, możemy powiększyć rodzinę. Możemy się rozwijać, zmieniać. Znacznie więcej (na ogół) zyskujemy niż tracimy. Wchodzimy we współzależność – ja zależę od ciebie, ty – ode mnie. Jedziemy na tym samym wózku.



Tego typu decyzje, jeśli mają służyć partnerom, wymagają od nich dojrzałości, samodzielności. W innym przypadku, gdy jeden z partnerów nie spełnia tego warunku, zaczynają się kłopoty. Niedojrzały partner zaczyna ambiwalentnie przeżywać swojego towarzysza. Cieszy się z profitów związku – bezpieczeństwa: fizycznego, finansowego, zawodowego, ale jednocześnie przeżywa opresyjnie to, że sam też musi coś od siebie dawać: opiekować się dziećmi, gdy to drugie idzie do dentysty, jechać do teściowej etc. Wydaje mu się, że partner domaga się takich rzeczy, by ograniczyć jego swobodę, że mąż, żona, poświęca znacznie mniej (na ogół jest odwrotnie) dla związku. Czuje się wykorzystywany. Jednocześnie reaguje agresją wobec każdego zachowania partnera świadczącego o tym że nie jest on doskonały. Bywa, że po małej oznace słabości – spóźnieniu się chociażby – zrywa związek.

Taka niedojrzałość wynika, w dużym uproszczeniu, z dwóch czynników. Albo nasz niedojrzały partner nigdy nie dorósł, albo na skutek jakiegoś traumatycznego wydarzenia – cofnął się w rozwoju. Efekt jest ten sam – bardzo trudno jest zbudować stabilny związek dwojga osób, gdy jedno jest psychicznie dorosłym, a drugie dzieckiem lub nastolatkiem.

Mam wrażenie, że jako naród stoimy właśnie na progu dorosłości. Do niedawna aspirowaliśmy do pełnienia dorosłych ról w Unii – bycia pełnoprawnym, stabilnym członkiem społeczności międzynarodowej. Jerzy Buzek był szefem Europarlamentu, Donald Tusk jest przewodniczącym Rady Europejskiej. W ciągu kilku miesięcy okazało się jednak, że nasza pozycja jest oparta o bardzo niestabilne podstawy. Że bardzo łatwo to wszystko odwrócić, temu zaprzeczyć. Dopóki dostawaliśmy prezenty od bogatych krewnych – byliśmy grzeczni. Natomiast gdy trzeba „po dorosłemu” wziąć na siebie trochę odpowiedzialności, to odwracamy się plecami do reszty partnerów mówiąc, że to nie nasza sprawa.

Agnieszka Holland niedawno opowiadała o rozgoryczeniu jej zachodnich kolegów związanych z naszą postawą. Mówią, że żałują, że Unia się o nas rozszerzyła. Oby nie był to głos na stałe, jednak nie dziwie się tego typu nastrojom.

Musimy się zdecydować. Czy chcemy być dorośli – podejmować odpowiedzialność za Unię, czy nie. Czy będziemy godzić się na europejską współzależność? Bez bajania o niezależnych narodach. Nie pomaga nam w tym nasz posttraumatyczny bagaż doświadczeń narodowych. Nasz stosunek do kryzysu uchodźczego będzie do tego sprawdzianem. Ciekawe, czy go zdamy?
Trwa ładowanie komentarzy...